Głogowski słuchał jej, odpowiadał i patrzył się na nią ciekawie; wreszcie, upatrzywszy stosowną chwilę, rzekł szczerze:

— Niech zdechnę, ale z pani ciekawa niewiasta... bardzo ciekawa! Coś powiem; w tej chwili mi błysła myśl i podaję ją natychmiast, na gorąco, niech się pani tylko nie wyda dziwaczną. Nie cierpię konwenansów, obłudy towarzyskiej, minoderyi aktorek i t. p. licz do dwudziestu!... a właśnie nie widzę jeszcze tego w pani... Oho! zaraz zobaczyłem, że pani tego wcale nie masz w sobie. Pani mi się wprost podobasz, jako pewien, dosyć rzadko spotykany typ. Ciekawe, ciekawe! — mówił prawie do siebie. — Moglibyśmy zostać przyjaciółmi! — zawołał uradowany, wypowiadając głośno myśl swoją. Bo chociaż baby zawsze mnie zawodzą, gdyż prędzej, czy później, z każdej wylizie samiczka, ale nowy eksperyment byłby może coś wart...

— Otwartość za otwartość — mówiła, śmiejąc się z jego błyskawiczności, z jaką postanawiał — pan także jesteś ciekawym okazem.

— No, więc zgoda!... podajmy sobie ręce i bądźmy przyjaciółmi! — zawołał, wyciągając rękę.

— Nie skończyłam jeszcze: otóż ja w zupełności obywam się bez powiernic i przyjaciół; to czuć sentymentalnością i nie jest bardzo bezpieczne.

— Gadanie! Przyjaźń jest więcej wartą od miłości... Zaczyna, widzę, lać nie na żarty! To psy płaczą nad odrzuconą przyjaźnią. Ja panią będę spotykać, prawda? bo pani masz w sobie coś, coś... jaby kawałek duszy jakiejś, rzadko spotykanej.

— W teatrze bywam codziennie na próbach i prawie codziennie na przedstawieniach...

— Niech zdechnę, ale to na nic!... Gdybym przez tydzień asystował pani, to powstałoby tyle plotek, gadań, przypuszczeń i t. d., licz aż do dwudziestu!

— A cóż mnie obchodzi, co tam mówią o mnie!... — zaśmiała się swobodnie.

— Ho! ho! rodem kurki czubate. Lubię to, kiedy człowiek nie robi sobie ceregieli z tym łachem, nazywającym się opinią publiczną.