— Myślę, że skoro nie mam sobie nic do wyrzucenia, to spokojnie mogę patrzeć i słuchać tego, co mówią o mnie.

— Pycha, jak Boga kocham, kapitalna pycha!

— Czemu pan swojej sztuki nie wystawia w warszawskim teatrze?

— Bo jej nie chcieli wystawić. To widzi pani, jest zakład ogromnie wyperfumowany, elegancki i tylko dla delikatnej, dla bardzo subtelnie czującej publiczności; a moja sztuka wcale nie pachnie salonem; co najwyżej, czuć ją polem, trochę lasem, nieco chałupą chłopską. Tam trzeba nie prawdy, tylko flirtu, konwenansu, blagi i t. d., licz aż do dwudziestu. Zresztą nie miałem protekcyi i oni mają już swoich, patentowanych fabrykantów sztuk.

— A ja myślałam, że to dosyć napisać rzecz dobrą, aby ją natychmiast grali.

— Boże mój!... niech zdechnę, o ile jest inaczej. Niech pani uważa, ile ja znieść muszę, nim mi taki Cabiński wystawi sztukę!... Teraz niech to pani podniesie do kwadratu, a dopiero mieć pani będzie jakie takie pojęcie o rozkoszach początkującego komedyopisarza, który w dodatku nie umie używać do swoich sztuk patronów...

Zamilkli. Deszcz padał nieustannie i tworzył już po drodze kałuże wody.

Głogowski spoglądał posępnie na miasto, rysujące się wieżami na zamglonym horyzoncie.

— Podłe miasto! — mruknął gniewnie. — Od trzech lat nie mogę go wziąć... Walczę, zabijam się... i pies mnie nie zna!

— Jak im pan będzie mówić, że są podli i głupi, to tem ich pan nigdy chyba nie zdobędzie...