— Zdobędę. Nie będą mnie kochać, ale liczyć się ze mną muszą, muszą, niech zdechnę!... Najłatwiej to brać takie twierdze aktorom, śpiewakom i tancerkom; zdobywa się jednym występem wszystko.
— Ale na jeden dzień. Po zejściu ze sceny nie zostawia się śladu po sobie, jak kamień w wodę! — mówiła Janka z pewną goryczą, wpatrując się w coraz bliższe, stłoczone mury Warszawy.
W tej chwili dopiero pomyślała, że ta sława, o której marzy, jest tylko sławą jednodniową.
— Mnie się zdaje, że ma pani apetyt na to samo danie?
— Mam! — odpowiedziała mocno i głos jej rozdźwięczał, niby wybuch długo potęgowany.
— Mam! — powtórzyła, ale już znacznie ciszej i bez zapału.
Oczy jej przygasły i błądziły po tych szczytach, nic nie rozumiejąc, bo ją nękała myśl tej sławy jednodniowej, bo sobie przypomniała te uschłe wieńce Cabińskiej, dawną sławę Stanisławskiego, bo myślała z coraz większą goryczą o tych tysiącach sławnych aktorów, którzy byli, pomarli i nikt nie zna nawet ich imienia. Czuła, że ma jakiś przykry zamęt w sercu. Oparła się silniej na Głogowskim i szła, nie odzywając się ani słowem.
Na ulicy Zakroczymskiej wsiedli do dorożki; wskoczył do nich Kotlicki, na trzeciego.
Janka spojrzała na niego z gniewem, ale udawał, że tego nie widzi i patrzał na nią z tym swoim wiecznym uśmiechem. Odwieźli ją do mieszkania. Miała tylko tyle czasu, żeby wpaść do domu, przebrać się, zabrać potrzebne rzeczy i natychmiast jechać do teatru.
Z powodu deszczu kilka chórzystek także się spóźniło.