Cabiński, zirytowany spodziewanemi z powodu deszczu pustkami w teatrze, biegał po scenie i krzyczał do wchodzących:
— Panienki się gżą... Po ósmej i jeszcze żadna nie ubrana!
— Byłyśmy na nieszporach w kościele świętego Karola Boromeusza — tłómaczyła się Zielińska.
— Nie mnie brać na nieszpory! a jakże!... — Pilnować tego, z czego jest chleb!
— Ogromnie dużo go dyrektor daje! — odcięła się ze złością Ludka, bo sobie przy wejściu złamała parasolkę.
— Nie daję?... a z czegóż żyjecie?
— Z czego?... przecież nie z tej głupiej, obiecywanej tylko gaży.
— O! i pani się spóźnia?! — zawołał do wchodzącej Janki.
— Gram dopiero w trzecim akcie, mam jeszcze dosyć czasu...
— Wicek! leć po Rosińską... Gdzie jest Zośka? Zaczynać prędzej!... a niech was psy gryzą!