— Stanisławski!

— Już można dzwonić, idę! — zawołał Stanisławski.

I poszedł powoli.

— Prędzej! teatr rozwalą! — krzyczał we drzwiach Cabiński.

Grali tak zwany bukiet dramatyczny, albo „co kto lubi”, to jest: komedyjkę, operetkę jednoaktową, wyjątek z dramatu i taniec solowy. Prawie całe towarzystwo brało udział w przedstawieniu.

Janka, już ubrana w kostyum, siedziała w kulisie i patrząc na scenę, czekała na swoją kolej. Czuła się ogromnie zdenerwowaną wrażeniami dnia całego. Przymykała oczy, zatapiając się w jakiemś cichem rozpamiętywaniu słów Grzesikiewicza, który się jej znowu przypomniał, ale się wzdrygnęła, bo ujrzała z poza jego twarzy wynurzający się z głębin uśmiech Kotlickiego i jego twarz satyra; a potem majaczył się jej Głogowski ze swoją wielką głową i dobrem spojrzeniem. Przecierała ręką oczy; jakby chcąc odegnać widziadła, ale ten uśmiech wciąż tkwił w jej pamięci.

— Co za obrzydliwy pudel z tej Rosińskiej! — szepnęła Majkowska, stając przed Janką.

Janka wzdrygnęła się i z pewną niechęcią spojrzała na nią.

Co ją w tej chwili obchodziło wszystko?...

I zaczynała ją już gniewać i niecierpliwić ta wieczna walka wszystkich ze wszystkimi.