Dobek bowiem, otrzymawszy cios w zęby, schwycił go za nogę i trzymał silnie.

— Widzisz synku! nie brykaj! — szeptał sufler, tak mocno trzymając go, że Glas nie mógł się poruszyć. — Położyłeś się na amen!... Malowałeś Dobka, umalował ciebie Dobek... Teraz jesteśmy na kwit!

Sytuacyę uratował Halt i Kaczkowska, zacząwszy śpiewać numer następny.

Dobek puścił nogę Glasa i cofnął się tak głęboko w budę, jak tylko mógł i najspokojniej suflerował dalej z pamięci, uśmiechając się dobrodusznie do grożącego mu z za kulis Cabińskiego i do chórzystek.

Janka nie mogła się nawet dobrze zoryentować, co się dzieje na scenie, bo zobaczyła wracającego Grzesikiewicza z olbrzymim bukietem w ręku.

Usiadł na poprzedniem miejscu; dopiero, kiedy znowu chór przyszedł na proscenium, wstał, doszedł do orkiestry, rzucił kwiaty pod nogi Jance, a następnie zawrócił najspokojniej, przeszedł salę i zniknął, nie dbając, że wywołał wrażenie w teatrze.

Janka automatycznie podniosła kwiaty i cofnęła się w głąb sceny, poza koleżanki, bo oczy całej publiczności poczuła zwrócone na siebie.

— Dusza jest jaka? — szepnęła jej Zielińska.

— Niech pani zobaczy w środku, pomiędzy kwiatami, może co jest... — szepnęła jej znowu któraś.

Nie oglądała, ale poczuła głęboką wdzięczność dla Grzesikiewicza za te kwiaty.