Deszcz mżył w dalszym ciągu i woda z łoskotem spływała z rynien. Dzień brudnem światłem zalewał scenę.
Tak było nudno, że nie mogli wytrzymać w spokoju, więc zaczęły się szepty coraz częstsze.
Glas rzucał niedogarkami od papierosów w nos Dobka, a Władek delikatnie dmuchał w głowę drzemiącej Mirowskiej.
Z garderoby dochodził zgrzyt piłki, rżnącej drzewo i stuk przybijania gwoździ, to maszynista szykował sobie przystawki na wieczór.
— Panie Głogowski, tutaj trzeba trochę skreślić — mówił niekiedy Topolski.
— Skreśl pan! — odpowiadał Głogowski, spacerując w dalszym ciągu.
Szepty były coraz głośniejsze.
— Kamińska, idziesz pani ze mną na Nalewki? Chcę sobie kupić na suknię.
— Dobrze, obejrzymy zaraz płaszczyki jesienne.
— Co to będzie?... wstawka?... — zapytała Rosińska Piesiowej, gorliwie robiącej szydełkiem.