— Ależ koniecznie... choć ustka umoczy pani. Jest to początek stypy pogrzebowej po mojej sztuce.
— Przesada! — mruknął Pieś.
— A no, zobaczymy! Co tam, panie Pietrze, panie Topolski, po jednym jeszcze... na pohybel!... — wołał Głogowski, nalewając koniak w kieliszki.
Śmiał się, dowcipkował ciągle, przyprowadzał wchodzących aktorów do bufetu, rwał się, ale znać było, że pod tą sztuczną wesołością, kryje się troska i niepewność powodzenia.
Pod werandą zrobił się mały huczek, bo Głogowski wszystkim fundował, ale humory były w części zwarzone niepogodą.
Cabiński co chwila spoglądał w niebo, zdejmował cylinder i drapał się w głowę z nieukontentowaniem; dyrektorowa chodziła pochmurna, jak dzień jesienny; Majkowska spoglądała zaiskrzonemi oczyma na Topolskiego i miała ochotę zrobić jakąś scenę, bo usta miała sine i oczy zaczerwienione od płaczu lub bezsenności; Glas także chodził jak struty po wczorajszej „sypce” i nie opowiadał ani jednego kawału; Razowiec w lustrze oglądał sobie język i narzekał przed Piesiową; Wawrzecki nawet nie był „w sytuacyi”, jak określał swoje usposobienie.
Jakaś senność, taka sama, jaka rozwłóczyła się w powietrzu, przejmowała wszystkich nudą i apatyą.
— Wpół do pierwszej... chodźmy czytać — rzekł reżyser.
Wysunięto stół na środek sceny, poustawiano krzesła i Topolski, uzbrojony w ołówek, zaczął czytać.
Głogowski nie usiadł, tylko chodził, zataczając ogromne koła i co chwila przechodząc obok Janki, szeptał jej jakieś uwagi, z których śmiała się półgłosem, a on odchodził, wichrzył włosy, podrzucał kapelusz do góry i palił papierosa po papierosie, słuchając pomimo to uważnie czytania.