W teatrze zastała Janka tylko Piesia, Topolskiego i autora.

Głogowski podszedł do niej z uśmiechem i rzekł, podając jej rękę:

— Dzień dobry! Myślałem wczoraj o pani; niech mi pani koniecznie za to podziękuje...

— Dziękuję! ale ciekawam bardzo...

— Nie myślałem źle... Nie myślałem o pani, jak mnie podobni o takich ładnych jak pani kobietach, nie! niech zdechnę!... Myślałem... Jezus Marya! nie mogę wyleźć z „myślałem!”... Dlaczego pani ma w sobie to coś, co jest siłą?... skąd ona?...

— Stąd chyba, skąd i słabość bierze początek: jest przyrodzoną — odparła Janka, siadając.

— Musisz pani mieć jakiś dogmacik i zapatrzona w niego, idziesz pani naprzód. Ten dogmat ma ryżo-żółte włosy, około dziesięciu tysięcy rubli rocznego dochodu, nosi binoklę i...

— I... nie kończ pan!... Głupstwo zawsze czas powiedzieć; nie zestarzeje się... — przerwał Topolskiemu Głogowski.

— Piątka! cztery koniaki, bo i pani się z nami napije?...

— Dziękuję! nigdy nie piłam i nie piję.