— Nie jestem ciekawą zupełnie.
— A jednak zna go pani dobrze...
— Dziękuję pani, ale nie potrzebuję żadnych informacyi.
— Niechże się pani nie gniewa... Cóż w tem może być złego?... — cedziła wolno Sowińska.
— A! pani tak mówisz?...
— Ja, a przecież życzę pani, jak córce rodzonej...
— Życzysz mi pani, jak własnej córce? — spytała wolno Janka, patrząc się jej prosto w oczy.
Sowińska spuściła powieki, nie mogąc wytrzymać jej spojrzenia i w milczeniu wyszła z pokoju, ale za drzwiami przystanęła i pogroziła pięścią.
— Święta! Poczekaj!... — szepnęła nienawistnie.
Dzień był mglisty i zimny, deszczyk, niby rosa, mżył ciągle, tworząc grubą warstwę błota na ulicach i trotuarach; chmury snuły się szare i przypominały jesień.