— A, młody mistrzu! moje uszanowanie!

— Stary idyota! — mruknął Głogowski, kiwając mu głową i schował się w kulisę, bo go już wściekłość ogarniała na te ciągłe przerwy i rozmowy.

— Cicho!... Jak Boga kocham, istna bożnica! — wołał zirytowany Topolski i czytał dalej.

Ale już nikt nie słuchał. Dyrektorowa wyszła z mecenasem, a za nią wysuwali się wszyscy po cichu.

Deszcz zaczął lać i uderzał w blaszany dach teatru z łoskotem, który głuszył wszystko.

Ściemniło się tak, że Topolski nie mógł czytać.

Przenieśli się wszyscy do garderoby męskiej; było tam trochę widniej i cieplej, rozpoczęli więc pogawędkę.

Janka z Głogowskim stała we drzwiach i mówiła coś gorąco o teatrze, gdy Rosińska przerwała jej drwiąco:

— A to pani dopiero teatr zajechał w głowę!... no, nie uwierzyłabym, gdybym nie widziała...

— To przecież proste; w teatrze zamyka się dla mnie wszystko.