— Czy tylko aby z pewnością zakłada towarzystwo?
— Z pewnością; mam być u niego w tych dniach do podpisania kontraktu.
— Nie będzie pani u Cabińskiego?
— Nie chce mi gaży zaległej płacić — szeptała charakterystyczna Wolska.
Trzydzieści lat było wypisane wyraźnie na jej twarzy zmęczonej i pobrużdżonej troskami. Gruba warstwa pudru i różu nie mogła pokryć zmarszczek, ani zatrzeć niepokoju błyszczącego w oczach. Miała sześcioletniego synka, który jej chorował od wiosny. Broniła go z rozpaczą, głodem własnym; pozbawiała się wszystkiego, byle go ocalić, i ocaliła, ale sama zrobiła się podobną do szkieletu.
— Mecenasie! prosimy do nas! — krzyknął Glas, zobaczywszy starego, który już od kilku tygodni nie pokazywał się w teatrze.
Mecenas wszedł i witał się ze wszystkimi. Czytanie przerwano, bo się wszyscy porwali z miejsc.
— Dzień dobry! dzień dobry!... Przeszkadzam może?
— Nie, nie!
— Siadaj-no mecenas — wołała Cabińska — będziemy razem słuchać...