Wtem — on kichać zaczyna i łzy obciera rękawem.
Przestałem mówić.
On cebulę, jaką krajał, położył, dzbanek mi w rękę wcisnął i najspokojniej mówi do mnie:
— „Przynieś-no mi wody...”
Przyniosłem.
Nalał kartofle, wstawił je na maszynkę i zapalił knot.
Nieśmiało go pytam, czy mogę przychodzić na lekcye?
— „Przychodź, przychodź!... — odrzekł. — Zamieciesz mi, przyniesiesz wody. A umiesz ty po chińsku?...”
— „Nie!” — odpowiadam, nie wiedząc, do czego zmierza.
— „To się naucz, a jak będziesz już umiał, przyjdź do mnie; pogadamy wtedy o teatrze!”