Wyszedłem zrozpaczony, ale mnie to wcale nie ostudziło. Chwili tej nigdy w życiu nie zapomnę!...

— Nie roztkliwiaj się, na piwo już Głogowski nie poleci.

— Mówcie, co chcecie, ale tylko przez sztukę życie coś warte.

— I nie widział się pan już więcej z Rychterem? — spytała ciekawie Janka.

— Przecież nie nauczył się jeszcze po chińsku...

— Nie, nie byłem; a zresztą, jak mnie wypędzili ze szkoły, uciekłem zaraz z domu i zaangażowałem się do Krzyżanowskiego.

— Byłeś u Krzysia?...

— Cały rok chodziłem z nim, z jego żoną, z nieśmiertelnym Leosiem, jego synem i jeszcze jedną krowientą: mówię.„chodziłem”, bo innych sposobów lokomocyi bardzo rzadko używaliśmy. Jeść bardzo często nie było co, ale grywać i deklamować mogłem tyle, ile tylko chciałem. Repertuar miałem ogromny. W cztery osoby grywaliśmy Szekspira i Szyllera, najcudaczniej przerobionych dla naszego użytku przez Krzysia, który, prócz tego, miał bardzo wiele sztuk własnych, o potrójnych lub poczwórnych tytułach. Krzyżanowski sam je nosił, w dużej skrzynce i nieraz na popasach mawiał, klepiąc pudło:

— Tu, albo Szekspir, albo Molier jest polski. Bieda, głupstwo!... kiedy się ma zapewnioną nieśmiertelność. Leoś, pamiętaj, co ojciec mówi!

Zaczęli się wszyscy śmiać serdecznie.