Jankę dotknął przykro ten śmiech i przypomniał jej Stanisławskiego, odezwała się więc energicznie:
— Tak bardzo nie jest śmieszną nędza i poniewierka talentu.
— O, tak, bratnia duszo! tak!... To był apostoł sztuki, geniusz bez całych butów i... okoliczności!... Szekspir podwórzowy! Talma karczemny!... — wołał patetycznie Glas.
— Hołota! bydło! szubrawcy! i licz aż do dwudziestu! — mruczał Głogowski, bo garderoba aż się trzęsła z wesołości.
— Jakie my z nim kumedye puskali, jak ja miał swoją kompanię, to ha!.. Wy i widzieć już takich nie będziecie! — rzekł gorzko inspicyent.
Zaczęli drwić i prześladować go tą galicyjską „kompanią”.
— Komedyanty jesteście, nie artysty!... — zawołał rozgniewany inspicyent i wyszedł na ogródek.
Zaczęli po kolei opowiadać najrozmaitsze kawały, bo ten temat był niewyczerpany i zawsze znajdował mówców i chętnych słuchaczy.
Deszcz wciąż padał i na świecie było coraz zimniej i posępniej, więc się skupili ściślej i opowiadali.
Wtem przerwały im głośne krzyki, dochodzące ze sceny.