— Córuchno!... a widzisz... mówiłam, prosiłam, nie bierz go... taki fatygant! Nie umie cię uszanować i jeszcze ci tylko zdrowie niszczy, a tamten... Masz, kochanie, Melciu! Wstań, dzieciąteczko, wstań!

— Idź matka do choroby! — zawołała Majkowska.

Odtrąciła starą, zerwała się z ziemi, wytarła sobie twarz i zaczęła szybko chodzić po scenie.

Musiała w ten gwałtowny ruch wyładować z siebie resztę złości, bo zaczęła nucić i uśmiechała się do siebie, a później zawołała do Janki najnaturalniejszym głosem:

— Może pani pójdzie ze mną na miasto?...

— Dobrze, nawet deszcz już przestał padać... — odpowiedziała Janka, spoglądając na jej twarz.

— Co! to mam soliterka... widziała pani?

— Widziałam i... nie mogę jeszcze stłumić oburzenia.

— I... głupstwo!

— Wiele już rzeczy zrozumiałam z trudem w teatrze i wytłómaczyłam sobie, jak mogłam, ale takiej sceny nie potrafię. Jakto! pani możesz znieść coś podobnego?...