Matka przybiegła do niej z jakimś listem. Majkowska przeczytała, nakreśliła zaraz kilka słów odpowiedzi i oddała starej.
— Niech matka to odniesie, tylko zaraz.
— Mela, a jak go nie będzie?... — zapytała stara.
— Niech matka poczeka, a oddać samemu... Ma tu matka na to...
I prztyknąwszy się w krtań po pijacku, dała jej czterdziestówkę.
Zielonkowate oczy starej rozbłysły wdzięcznością, pocałowała córkę w rękę i pobiegła.
Janka szukała Głogowskiego, ale już go nie było, więc poszła do krzeseł, do mecenasa, który z powrotem przyszedł z niemi, bo się jej przypomniało owo wróżenie kiedyś z ręki.
— Panie mecenasie... jest mi pan coś dłużnym... — zaczęła, siadając obok niego.
— Ja?... ja?... dalibóg, nie przypominam sobie... czybym...
— Obiecał mi mecenas powiedzieć to, co pan zobaczył wtedy na mojej ręce...