Szli wolno, bo deszcz ustał zupełnie i lipcowe słońce osuszało błoto ulic.
Mecenas się szastał, zaglądał w oczy Jance i uśmiechał się znacząco; kłaniał się znajomym i wobec młodych przechodniów przybierał minę zwycięzcy.
W „Wersalu” było pusto. Rozsiedli się przy balustradzie i mecenas zarządził dosyć wykwintne śniadanie.
Janka żenowała się trochę z początku, ale widząc, że Majkowska zachowuje się z taką swobodą jak zawsze, odzyskała humor i nie zwracała uwagi na garsonów, ani na spoglądających z uśmiechem przechodniów.
Mecenas usługiwał tylko Jance, nie odstępował jej ani na krok i sypał komplementami, z których się Majkowska śmiała głośno. Jankę trochę to dziwiło, ale później tak się jej te zabiegi wydały komiczne, że śmiała się serdecznie razem z Melą.
Śniadanie było doskonałe, wina wyborne i słońce tak wesoło przyświecało, że czuła, iż przenika ją jakieś ciepło denerwujące i że to tak dobrze siedzieć bez troski i bez myśli żadnej i bawić się, ale swoją drogą przypomniała próbę.
— Niech czekają! Cóż to, ja się będę do nich dopasowywać!
Majkowska bywała często despotyczną z kaprysu, a wtedy trzęsła teatrem i zmuszała, żeby wystawiano takie sztuki, w którychby mogła się popisywać. Cabiński ulegał, bo musiał i bał się, żeby w środku sezonu nie rozbiła mu towarzystwa swojem wystąpieniem z niego z Topolskim.
Już było po trzeciej, gdy wróciły do teatru. Próba z dzisiejszego przedstawienia była w pełni.
Cabiński chciał im coś grymasić, ale Majkowska spojrzała na niego takim miażdżącym wzrokiem, że się tylko skrzywił i odszedł.