Żaden z tych trzech, cichych wielbicieli, nie obchodził jej ani trochę; trzymała ich od siebie z daleka chłodem.
Aktorki drwiły z jej nieugiętości, a po cichu zazdrościły szczerze.
Nie odpowiadała im na uwagi uszczypliwe, żeby nie wywoływać jeszcze większego potoku drwin.
Lubiła jedynie Głogowskiego, który z racyi wystawienia swojej sztuki, przesiadywał całymi dniami w teatrzyku. Wyróżniał ją głośno ze wszystkich kobiet i tylko z nią rozmawiał o ważniejszych rzeczach i tylko ją traktował, jak człowieka. Pochlebiało to jej bardzo i była mu za to wdzięczną. Lubiła go za paradoksalność i szczerość, z jaką jej mówił nieraz o najdrażliwszych kwestyach społecznych, no, i nigdy nie wspominał jej o miłości i nie blagował.
Często chodzili razem na spacery do Łazienek.
Była z nim na stopie szczerej przyjaźni; traktowała go nie jak mężczyznę, ale jak duszę większą, której obce są wszelkie marne drobnostki.
Po generalnej próbie z Chamów, wyszedł z nią razem z teatru.
Głogowski był tego dnia chmurniejszym, niż zwykle, częściej mówił: „niech zdechnę” i „licz aż do dwudziestu”. Niespokojność nim rzucała o wieczór a jednak śmiał się głośno.
— Może się przejedziemy belgijską kobyłą do Botaniki. Dobrze?...
Janka skinęła głową przyzwalająco i pojechali.