Znaleźli wolne miejsce obok basenu, pod klonem olbrzymim i siedzieli czas jakiś w milczeniu.
Pusto było dosyć w ogrodzie. Kilkanaście osób, niby cienie, majaczyło po ławkach w upalnem powietrzu. Ostatnie róże świeciły barwami przez zieleń nizko opuszczonych gałęzi; zapach lewkonii z głównego klombu rozchodził się jakby prądami coraz mocniejszej woni. Ptaki zrzadka ćwierkały w gęstwinie sennymi głosami. Drzewa stały nieruchome, jakby zasłuchane w tej słonecznej ciszy dnia sierpniowego. Czasami tylko jakiś liść lub gałązka sucha spływała spiralną linią na trawniki. Złote plamy słońca, przeciekającego przez gałęzie, tworzyły na trawie ruchomą mozajkę, lśniły się, jak płaty bladej platyny.
— Niech dyabli wezmą wszystko! — rzucał chwilami w ciszę Głogowski i wichrzył zapamiętale włosy.
Janka spoglądała tylko na niego i żal się jej robiło słowami mącić ten spokój, jaki ją owiewał; tę ciszę przyrody, usypiającej z nadmiaru ciepła, i rozmarzała ją czułość jakaś nieznana i nie związana z żadną rzeczą, ale płynąca, chyba z przestrzeni, z błękitu, z białych, przejrzystych chmur, snujących się wolno i z czarniawej zieleni drzew.
Oddychała z rozkoszą wonią lewkonii, ale ile razy spojrzała na Głogowskiego, który nie mógł usiedzieć spokojnie, tylko się rzucał, spoglądał na nią, targał włosy, tyle razy przychodziła jej jedna myśl uparcie: że on chce wyznać jej swoją miłość.
— Mów pani co, bo oszaleję, wścieknę się... — wykrzyknął nagle.
Roześmiała się, tak był w tej chwili komicznym i bardzo dalekim od marzeń o miłości.
— Mówmy, chociażby o... wieczorze...
— Chce mnie pani struć do reszty?... Niech zdechnę, ale chyba nie wytrzymam do wieczora!...
— Przecież pan mi mówił, że to nie pierwsza sztuka, więc...