— Tak, ale mnie zawsze przy każdej trzęsie febra, bo zawsze widzę w ostatniej chwili, że napisałem świństwo, łajdactwo, tandetę.
— Ja nie mam pretensyi do znawstwa, ale mnie się sztuka podobała ogromnie, bo taka szczera...
— Co, na seryo? — zawołał z odcieniem ukontentowania w głosie.
— Wie pan przecież, że wprost nie śmiałabym skłamać.
— Bo, widzi pani, powiedziałem sobie, że jak ta sztuka klapnie, to... niech zdechnę, ale...
— Rzucisz pan pisanie?
— Nie, ale znikam z horyzontu na kilka miesięcy, i piszę drugą... Piszę drugą, trzecią... piszę dotąd, aż muszę stworzyć zupełnie dobrą, muszę!... Choćbym miał z tego zdechnąć, napiszę!... Gotów jestem wstąpić do teaatru, aby go lepiej poznać i zrozumieć... Pani myśli, że to można przestać pisać?... można się wściec, zabić, zdechnąć, ale przestać pisać!?... o, tegobym nie potrafił. No, bo proszę pani, po cóż jabym żył?... — dorzucił i zapatrzył się przed siebie.
Jego jasna twarz, rysy nieregularne i ostre, miały wyraz natężonego zdziwienia, jakby teraz dopiero pierwszy raz postawił sobie pytanie: po co by żył, gdyby pisać przestał?...
— Jak pani uważa, Majkowska dobrą będzie Antką co? — zapytał nagle.
— Zdaje mi się, że ta rola leży w jej charakterze.