— Mój złoty, trzymaj mnie aby!... Ja umiem dzisiaj naprawdę, ale mogę się miejscami zaciąć...

— No, no! nie połóż się tylko sam, to już ja ci nie dam zginąć.

I tak, co chwila któraś lub któryś przybiegał, prosił, fundował wódkę, a Dobek tylko głową kiwał i obiecywał solennie wszystkich „trzymać”.

— Dobek! mnie potrzebne pierwsze słowa tylko... pamiętaj! — zakończył Topolski.

Głogowski kręcił się po scenie, ustawiał sam chatę wewnątrz, dawał informacye aktorom i niespokojnie przyglądał się parę razy pierwszemu rzędowi krzeseł, zajętemu przez przedstawicieli pras.

— Będzie mi jutro ciepło!... — szepnął do siebie.

I zaczął chodzić gorączkowo, gdyż nie był w stanie ustać, ani usiedzieć w miejscu, wreszcie wyszedł na ogródek, stanął obok jakiegoś kasztanu i przyglądał się z biciem serca pierwszemu aktowi, który się właśnie zaczął, nie mógł i tam wytrzymać, bo nie widział całej sceny i miał publiczność z boku.

Wrócił znowu za kulisy i przez szpary we drzwiach patrzył na publiczność.

Publiczność siedziała zimna i słuchała spokojnie: cisza przytłaczająca płynęła z ogródka. Widział setki oczów i głów nieruchomych, nawet zobaczył garsonów, stojących na krzesłach pod werandą i przypatrujących się scenie. Nasłuchiwał, czy jaki szmer nie przeleci przez salę... nic! cisza... Czasami ktoś zakaszlał, zaszeleścił afiszem, i znowu cisza.

Głos grających rozlegał się wyraźnie i płynął do tej czarnej, zbitej w gąszcz, ciżby ludzkiej.