Przymierzyła kostyum chłopski, jaki jej robiła do Chamów M-me Anna i myślała z uśmiechem o tem przymierzu, jakie zawarła z Głogowskim.
Za kulisami i w garderobach czuć było dzisiejszą „premierę”.
Wszyscy schodzili się wcześniej, ubierali i charakteryzowali się staranniej, tylko Krzykiewicz, swoim zwyczajem, na-pół rozebrany, ze szminką w ręku, łaził po garderobie i po scenie.
Stanisławski, który zwykle, jeśli grał, przychodził na dwie godziny przed zaczęciem, już był ubrany i tylko co chwila się docharakteryzowywał.
Wawrzecki z rolą w ręku chodził po garderobie i przepowiadał sobie półgłosem.
Inspicyent szybciej biegał niż zwykle, a w damskich garderobach kłócono się zawzięciej; wszyscy byli bardziej rozdenerwowani. Sufler pilnował ustawiania sceny i patrzył na publiczność, tłumnie zapełniającą ogródek. Chórzystki w ludowych strojach, już gotowe, bo miały robić tłum, snuły się we wszystkich kierunkach.
— Dobek! — zawołała Majkowska. — Mój złoty, trzymaj mnie tylko!... Ja umiem, ale w drugim akcie, w scenie z Hrehorym, ten monolog podsuń mi pan głośniej.
Dobek kiwał głową i jeszcze nie wrócił na stanowisko, kiedy go znowu zaczepił Glas.
— Dobek! będziesz pił wódkę, co?... może chcesz jaką przekąskę?... — pytał troskliwie suflera.
— Na przekąskę każ dać piwa — odpowiedział Dobek, uśmiechając się błogo.