Majkowska przybiegła zdyszana do Głogowskiego.
— Panie Głogowski!... chodź-że pan prędzej! — zawołała, biorąc go za rękę.
— Dajcie wy mnie spokój! — krzyknął groźnie.
Majkowska odeszła, a on siedział i myślał dalej. Już teraz nic go nie obchodziły brawa, ani wywoływania, ani powodzenie sztuki, bo go gryzła okropnie ta świadomość, że sztuka jest zupełnie zła. Zastanawiał się, to jest widział ją coraz lepiej i aż się trząsł z bólu, że znowu jeden wysiłek napróżno!
Z bezsilną złością słuchał, jak publiczność oklaskiwała szorstkie i charakterystyczno-komiczne epizody, właściwe tło, na którem dusze jego Chamów musiały się rysować, a sama treść sztuki, jej teza, przechodziła bez wrażenia.
— Panie Głogowski, ja chcę, żebyś pan wyszedł w piątym akcie, jeśli będą wywoływać — rzekła do niego stanowczo Janka, bo dziwną wydała się jej ta obojętność, jak myślała.
— Kto woła?... Nie widzi pani, że to galerya! Nie widzi pani drwin w oczach prasy i publiczności w pierwszych rzędach, co?... Mówię, że sztuka jest złą, podłą... świństwem! Zobaczysz pani, co jutro napiszą o niej.
— Co będzie jutro, zobaczymy jutro. Dzisiaj jest powodzenie i sztuka jest pyszna.
— Pyszna! — zawołał z boleścią. — Żebyś pani widziała, jak ona mi w mózgu tkwi, jak ona tam jest pyszną i zupełną, to wiedziałabyś, że to, co grają, jest marnym łachem, strzępem...
Przybiegł zaraz Cabiński, reżyser i Kotlicki i gwałtownie namawiali Głogowskiego, aby się pokazał publiczności, opierał się jeszcze.