— Utrafił pan, prawda!... takie są chłopy, ale ino nie tak alagancko obłuczą się, ani są takie ślachetne w chodzeniu i w mowie... Ale przepraszam pana, co powiem: po co to wszystko?... Panów, żydów, abo i jenszych ciarachów, to se pokazujta, ale rzetelnych gospodarzy to wstyd tak ciągać na ludzkie pośmiewisko i wyprawiać z nimi kumedyę! Pan Bóg może pokarać za taką rozpustę!... Co gospodarz, to gospodarz... wara od niego! — dodała wkońcu.
I patrzyła dalej na scenę z coraz większą surowością i prawie ze łzami oburzenia.
Głogowski nie miał czasu się dziwić, gdyż zaraz akt się skończył grzmiącemi brawami i wywoływaniem autora, ale nie wyszedł się kłaniać.
Kilku dziennikarzy przyszło ściskać mu ręce i chwalić sztukę. Słuchał obojętnie, bo już mu po głowie plątał się plan przerobienia tej sztuki.
Zobaczył teraz dopiero szczegółowo najrozmaitsze braki i niekonsekwencye i uzupełniał zaraz w myśli, dodawał sceny, przestawiał sytuacye i tak był zatopiony w tej nowej robocie, że już nie zważał, jak grają czwarty akt.
Brawa grzmiały na całej linii i znowu ozwał się jednogłośny już okrzyk:
— Autor! Autor!
— Wywołują, idź-że pan! — szepnął mu ktoś do ucha.
— Niech zdechnę, ale idź, słodki bracie, do dyabła!
Wywoływano również Majkowską i Topolskiego.