— Pojadę do teatru. Stało się!

Kręska spojrzała na nią, zdziwiona niby, i zaczęła jej odradzać.

— Niech mi pani pomoże pakować rzeczy. Pierwszym pociągiem odjadę...

— Osobowy teraz nie idzie do Kielc.

— Pojadę do Strzemieszyc, a stamtąd drogą wiedeńską do Warszawy.

— Niechże się pani namyśli jeszcze... taki krok, to na całe życie. Można później żałować...

— Stało się!... Już tak musiało się stać, to i nie będzie inaczej.

I zaraz spiesznie, nie odpowiadając na uwagi Kręskiej, zaczęła się gorączkowo pakować. Bieliznę, garderobę, książki, nuty, drobiazgi, różne — wszystko to układała ze starannością do swojego, jeszcze z pensyonarskich czasów kufra, jakby wyjeżdżąja po wakacyach.

Nie myślała już nic ponad to i nie czuła, tylko, że musi zaraz, natychmiast wyjeżdżać; że musi się znaleźć jak najdalej od Bukowca, jakby wewnętrznie obawiała się, że może jej zabraknąć później sił i odwagi.

Pożegnała się z Kręską obojętnie. Wydawała się spokojną i zimną na pozór, i była nią, tylko jakieś drganie ust i to drżenie wewnętrzne, którego nie mogła przyciszyć, były śladami tej burzy niedawnej.