Siedziała głucha, niema, zlodowaciała... Spodziewała się wszystkiego, ale nigdy, że ją wypędzi z domu, własny ojciec. Poczuła straszny ból do niego, ale ani jedna łza nie błysnęła w jej oku. Oglądała się nieprzytomnie, bo wciąż słyszała ten chrapliwy krzyk: „precz! precz!”

— Pójdę precz, pójdę... — odpowiadała pokornym, złamanym głosem przez łzy, które jej zalewały serce — pójdę...

Było jej jednak tak ciężko, tak strasznie ciężko na duszy, że siedziała zamierając z bólu: zdawało się jej,że to „precz” ojcowskie smaga ją, jak prętem żelaznym i że się oblewa krwią męki...

— Boże mój, Boże! za cóż ja jestem tak nieszczęśliwa?... — zawołała później.

Kręska, która wszystko słyszała, przybiegła do niej; ze łzami w głosie zaczęła ją pocieszać, lecz Janka odsunęła ją łagodnie. Nie tego jej było potrzeba: nie takich słów i nie takiej pociechy.

— Ojciec mnie wypędził... muszę wyjeżdżać... — rzekła, dziwiąc się w duszy tym krótkim dźwiękom, które zamykały w sobie tak wiele.

— Ależ to niemożebne!... Ojciec da się przeprosić...

— Nie; nie zostanę już tutaj dłużej. Dosyć mam męki, dosyć...

— Pojedzie pani do wujów?

Janka się zamyśliła na chwilę, lecz nagle jej twarz posępna rozjaśniła się blaskiem stanowczości.