— Janka! ty mnie nie doprowadzaj do ostateczności. Ja cię proszę, idź za Grzesikiewicza, moja córko, dziecko moje!... przecież to dla twojego dobra, ja chcę tego małżeństwa. Nie masz nikogo oprócz mnie na świecie; ja jestem stary... umrę... zostaniesz sama, bez opieki, bez utrzymania... Janka, tyś mnie nigdy nie kochała!... Żebyś ty wiedziała, jaki ja jestem przez całe życie nieszczęśliwy, tobyś się ulitowała!... — prosił, ale w głosie miał akcenta krzyku i groźby.

— Nie!... nigdy!... — odpowiedziała, nie poruszona ani na chwilę jego prośbą i skargami.

— Ostatni raz cię pytam! — krzyknął onieprzytomniony jej odpowiedzią.

— Ostatni raz mówię, że nie!

Orłowski z taką siłą rzucił krzesłem o ziemię, że się rozleciało w kawałki; rozerwał sobie kołnierz koszuli, bo go dusił spazm wściekłości i, z poręczą w ręku rzucił się do Janki, by ją uderzyć, ale jej zimny, prawie pogardliwy wyraz twarzy, oprzytomnił go w jednej chwili. Odrzucił od siebie tę poręcz.

— Precz!!... — wrzasnął wskazując drzwi — precz!... słyszysz? Wypędzam cię na zawsze z mego domu!... Nie przestąpisz nigdy tego progu, póki żyć będę, bo cię zabiję, jak psa wściekłego i wyrzucę za bramę!... Nie mam już córki!...

— Dobrze, pójdę precz... — odpowiedziała machinalnie.

— Nie mam już córki! Nie chcę cię znać, nie chcę słyszeć o tobie!... zgiń... Zabiję!... zabiję!... — krzyczał, biegając po pokoju, jak szalony.

Jego waryactwo wybuchało teraz w całej sile.

Wybiegł potem z mieszkania, i widziała przez okno, jak leciał do lasu.