— Mów! — rzekł Kotlicki.

— Szanowna niewiasto!... Daj mi mamony i każ sobie łeb ogolić, w żółty kaftan ubrać, w zielony papier okleić, a my cię już sami wyślemy tam, gdzie potrzeba.

— Dostaniesz synku, ale... delirium tremens...

— Topolski! kolej na ciebie!

— Dajcie mi spokój!... mam dosyć waszych szopek.

Dyrektorowa także nie chciała; ale Zarzecka dygnęła komicznie i pogłaskała Kotlickiego po twarzy.

— Moja droga!... moja złota!... — prosiła pieszczotliwie. — Niech się Wawrzek nie kocha coraz w innej i... widzisz... przydałaby mi się bransoletka, potem kostyum zielony na jesień, futerko jakie na zimę i... żeby tylko dyrektor płacił...

— Dostaniesz, czegoś chciała, boś szczerze chciała, a oto adres.

Podał jej swój bilet wizytowy.

— Pysznie! Brawo!