— Jeśli pić, zgoda; jeśli mówić, idę spać! — wrzeszczał Kotlicki.
— Więc pijmy!
— Wawrzek, psia twarz! weź-no Mimi i jaką drugą bakalię i zrobimy mały chórek.
Zaśpiewali zaraz jakąś wesołą piosenkę; tylko Głogowski nie śpiewał, bo oparł się na Cabińskim i usnął w najlepsze, a Janka nie mogła wydobyć z siebie głosu.
Piosenka brzmiała coraz weselej, a Janka czuła, że ją chwyta nieprzeparta senność, że się chwieje na krześle, a później, że ją ktoś podtrzymuje, okrywa, prowadzi... jedzie jakby doróżką.
Czuje przy sobie coś, z czego nie może zdać sobie sprawy, jakiś gorący oddech ją owiewa, jakieś ręce ją obejmują; słyszy turkot kół i jakiś głos szepcący...rozróżnia słabo, prawie go powtarza: „Kocham cię, kocham!” ale nic nie rozumie...
Zadrżała, uczuwszy gorące, namiętne pocałunki na ustach... Rzuciła się gwałtownie naprzód i, oprzytomniała.
Kotlicki siedział obok niej, trzymał ją wpół i całował, chciała go odepchnąć od siebie, ale jej opadły ręce; chciała krzyknąć gwałtownie, ale zabrakło jej sił... senność obezprzytomniła ją znowu i rzuciła prawie w letarg.
Dorożka zatrzymała się, i ta raptowna cisza przebudziła ją.
Zobaczyła, że stoi na trotuarze, a Kotlicki dzwoni do bramy jakiegoś domu.