Janka nie mogła jeść, słysząc te utyskiwania, bo była winna za pół miesiąca i nie miała czem zapłacić.
Bieda powolnie, ale coraz ciaśniejszem kołem ją otaczała i zaczęła jej twarz powlekać wyrazem ustawicznej troski.
Nie przynoszono już jej śniadań, zapominano czyścić bucików, dawać lampy wieczorem, i tych tysiącznych drobnych uchybień i lekceważeń zbierało się tyle, że ilekroć przychodziła na obiad i siadała do stołu ze źle skrywanym wstydem i obawą, drżała na każde głośniejsze słowo M-me Anny, patrzyła z niepokojem w twarze siedzących, gdyż zdawało się jej, że we wszystkich oczach czyta niechęć do siebie i pogardę, albo ten wyraz litościwy ludzi, mających zawsze pieniądze, i wyrazu tego lekceważenia bała się strasznie.
Na zewnątrz zrobiła się powolniejszą, ale w niej samej toczyła się smutna, wyczerpująca jej siły walka pomiędzy marzeniami o sztuce, o sławie, a uczuciem nędzy. Zaczynała się czegoś bać i ze strachem spoglądała przed siebie.
Przytem miasto dusiło ją coraz bardziej. Dusiły ją mury domów, onieprzytomniał ten wieczny chaos i pośpieszna bieganina miejskiego życia, które jej sprawiało obrzydzenie, bo zobaczyła, że jest bardzo jeszcze płytkiem, bardziej rozklasyfikowanem i bardziej nudnem niż na wsi. Tu każdy był niewolnikiem swoich własnych potrzeb, dla zaspokojenia których pracował, kradł, oszukiwał i pośpiesznie pchał taczkę swojego życia...
Męczyła się jeszcze więcej swojem położeniem wskutek tego, że nie mogła odosobnić się od ludzi, jak to robiła w Bukowcu po każdej kłótni z ojcem; nie mogła poszaleć z wichrami i uspokoić się wewnętrznie wyczerpaniem fizycznem.
Chodziła po mieście, ale wszędzie za wielu spotykała ludzi. Byłaby się chętnie zwierzyła Głogowskiemu ze wszystkiego, co ją trapiło, ale nie śmiała; duma wstrzymywała ją od tego. Głogowski zdawał się odgadywać jej położenie, a przynajmniej zgryzoty, i ciągle jej przypominał że powinna mówić przed nim wszystko... wszystko... Nie powiedziała.
Przebywała w mieszkaniu o ile można najmniej, a ile razy wchodziła starała się to robić tak cicho, żeby nikt nie słyszał, żeby nikomu się nie narazić i nie wywołać rozmowy o swoim długu.
Nie to ją przerażało, że jutro może się znaleźć na bruku, ale to, że M-me Anna, albo Sowińska mogą jej powiedzieć krótko: „Zapłać pani, coś winna!” a ona nie będzie mogła zapłacić...
A chwila ta przyszła nareszcie.