Jedząc tego dnia obiad, wiedziała już, że ją to spotka dzisiaj nieuchronnie, choć Stępiński, M-me Anna, a nawet Sowińska, byli w doskonałych humorach; ale schwyciła jedno spojrzenie M-me Anny, przy rozlewaniu zupy; i przeczytała w niem wszystko.
Jadła wolno, bo taka trwoga szarpała jej sercem, że połykała z trudnością i siedziała przy stole jak mogła najdłużej, byle odwlec trochę jeszcze tę spodziewaną rozmowę, ale wkońcu musiała iść do swego pokoju.
Przyszła zaraz za nią M-me Anna i z miną najswobodniejszą opowiadać zaczęła o jakiejś fantastycznej klientce, a potem, przeskakując nagle z przedmiotu, jakby sobie dopiero przypomniała, rzekła:
— Ale, ale!... może mi pani da za te pół miesiąca, bo dzisiaj muszę płacić komorne.
Janka zbladła i ledwie potrafiła wykrztusić:
— Nie mam dzisiaj...
Chciała jeszcze coś mówić, ale zabrakło jej głosu.
— Co to jest: nie mam?... Proszę o moją należność!... Pani nie myśli przecież, że ja mogę żywić kogoś darmo... ot, tak sobie!... dla ozdoby mieszkania!... Ładna ozdoba, co rano dopiero wraca do domu!...
— Oddam pani przecież!... — zawołała Janka, ocknąwszy się nagle pod uderzeniem jej słów.
— Potrzebuję zaraz pieniędzy! Będziesz je pani miała... za godzinę! — odpowiedziała, powziąwszy jakieś nagłe postanowienie i spojrzała tak pogardliwie, że M-me Anna wyszła bez słowa, trzasnąwszy drzwiami.