Mecenasa, który zaraz w antrakcie zjawił się za kulisami z pudełkiem cukierków, przywitała radośnie i ścisnęła mu tak mocno rękę, że aż stary się zmieszał. Potem, w jakimś ciemnym kącie, gdzie usiadła, oczekując, aż inspicyent zawoła: „wejść!”. Gdy ją ogarnęła ciemność i cisza, rozpłakała się spazmatycznie.
Po przedstawieniu dostała akonto poczwórne, bo aż dwa ruble. Cabiński dał jej sam i w tajemnicy przed drugimi, bo zabezpieczał sobie w ten sposób lekcye córki.
Poszła na kolacyę pod werandę i upiła się zupełnie jednym kieliszkiem wódki, tak, że sama prosiła Władka, ażeby ją odprowadził do domu.
Władek od tego wieczoru chodził za nią jak cień i zaczął jawnie okazywać jej swoją miłość, nie zważając, że matka wszystkich wypytuje w teatrze o niego i że śledzi ciągle ich oboje.
Pewnego dnia do mieszkania Janki wpadł Głogowski i już ode drzwi zawołał:
— No, jadę już do tych moich Syngalezów!...
Rzucił kapelusz na kufer, usiadł na łóżku i zaczął zwijać papierosa.
Janka patrzyła na niego spokojnie i myślała, że teraz jest jej już wszystko jedno, że jednak dawniej więcej ją obchodził ten przyjaciel.
— Nie płaczesz pani, co?... Ha, trudno!... psy już chyba zapłaczą po mnie, niech zdechnę! Ale nie wie pani, co się dzieje z Kotlickim?... Nie bywa w teatrze i nie mogę go nigdzie spotkać... Musiał zapewne wyjechać...
— Nie widziałam go od tej kolacyi... — odpowiedziała wolno.