— Coś w tem jest!... awantura, miłostka, ul... licz do dwudziestu! Ale co ja się będę zajmował taką zieloną małpą, hę? nie prawda?...
— Istotnie, prawda! — szepnęła, odwracając się do okna.
— O! a to co?... — zawołał, zaglądając jej bystro w oczy. — Jak się pani zmieniła!... Oczy wpadnięte, cera żółta, spojrzenie szkliste, rysy zaostrzone... Co to znaczy?... — rzekł ciszej.
Naraz uderzył się w czoło i zaczął biegać po pokoju, jak waryat.
— To ze mnie idyota, to hotentot, to potworny człowiek!... Ja sobie spaceruję po Warszawie, a tu artystyczna bieda rozkwaterowała się na dobre!... Panno Janino! — zawołał, biorąc jej rękę i patrząc energicznie w oczy — panno Janino! chcę wiedzieć wszystko, jak na spowiedzi... Niech zdechnę!... ale pani musisz mi powiedzieć!...
Janka milczała; ale widząc jego twarz poczciwą i słysząc ten głos współczucia, który miał dziwnie chwytające za serce akcenta, poczuła nagle wielkie rozrzewnienie i łzy stanęły jej w oczach, ale ze wzruszenia nie mogła przemówić.
— No, no, na nic płacze, bo i tak odjadę... — mówił, żartując, aby pokryć własne wzruszenie. — Niechno pani posłucha... ale bez żadnych protestów i opozycyi głośnej... nienawidzę parlamentaryzmu! Pani sobie używa biedy, takiej teatralnej do tego... no, ja to znam.
Niech-że się pani, do dyabła, nie rumieni... Bieda, uczciwie nabyta, to nie wstyd żaden! ot, zwyczajna ospa, którą, co lepsze tylko na świecie, przechodzić musi... Ho! ho! albo to ja jeden roczek gram w ciuciubabkę z kłopotami!... No, już kończę galopem... Zrobimy tak... o!...
Odwrócił się, wyjął z pugilaresu trzydzieści rubli, to jest wszystkie pieniądze, jakie mu przysłano na podróż, włożył je pod poduszkę i powrócił na dawne miejsce.
— „Wszak teraz zgoda między nami, mój kuzynie...” powiedział Ludwik XI, uciąwszy głowę księciu d’Anjou... Już apelacyi nie przyjmę, a niech pani śmie... to!...