— Dlaczego nieśmiały?... Pan taki swobodny zawsze na scenie! — odparła zmieszana nieco.
— Tak, na scenie, gdzie się tylko grywa szczęście; ale nie tu, gdzie się jest... naprawdę szczęśliwym.
— Szczęśliwym?... — powtórzyła.
Spojrzał na nią tak płomiennie, tak wymownie podkreślił uśmiechem i z taką maestryą zrobił w twarzy zachwyt i omdlewanie miłosne, że gdyby to pokazał na scenie, brawo miałby pewne.
Janka zrozumiała go doskonale i coś w niej zatrzepotało, jakby jakąś nową strunę serca lekko szarpnięto.
Zaczął czytać sztukę. Z każdem słowem Maryi, entuzyastyczna natura Janki wybuchała; z zawieszonym oddechem, zapatrzona we Władka, słuchała, nie odważając się słowem, albo gestem zmącić wrażenia, jakie ją przenikało; bała się spłoszyć czaru, przenikającego w dźwięki jego słów i w barwy jego aksamitno-czarnych oczu.
Gdy skończył czytać, Janka zawołała upojona:
— Przepyszna rola!
— Że pani zrobisz w niej furorę, za tobym ręczył.
— Tak... czuję, że może zagrałabym ją nieźle.