— „Garrick, ten twórca dusz, taki potężny w Koryolanie!” — szepnęła zapamiętany frazes, wchodząc w rolę.

I twarz jej zajaśniała takim zapałem, tak się rozjaśniła wewnętrzną głęboką radością, że Władek nie poznawał jej prawie.

— Jesteś pani entuzyastką.

— Tak, bo kocham sztukę! Wszystko dla niej, i wszystko w niej!... to moje hasło. Poza sztuką prawie nic nie widzę!... mówiła, zapalając się niespodzianie.

— Nawet miłości?...

— Kiedy sztuka wydaje mi się większem i zupełniejszem upostaciowaniem ideału, niżeli miłość...

— Ale jest więcej obcą dla ludzi i nie tak konieczną do życia, jak miłość. Bez sztuki świat mógłby istnieć, ale bez miłości... nigdy!... zresztą, sztuka daje boleśniejsze zawody...

— Ale i większe rozkosze... Miłość, to wzruszenie jednostkowe; sztuka, to wzruszenie społeczne, to synteza. Kocha się ją swojem człowieczeństwem; cierpi się przez nią, ale tylko przez nią bywa się czasami nieśmiertelnym!

— To są marzenia... Tysiące, ażeby przekonać się o tem, dały życie, i tysiące przeklinały ten niedościgły majak...

— Ale te tysiące miały zapełnione życie tym majakiem i czuły więcej, niż można czuć, nie marząc o niczem...