— Ale, ponieważ nie byli szczęśliwi, więc cóż to warto?...

— A ogół jest szczęśliwym?...

— Tysiąc razy więcej, niźli... my!

To my podkreślił znacząco.

— Nigdy! — zawołała Janka — bo nasze szczęście jest zarówno w bólu, jak i w radości, w znękaniu, jak i w zachwycie; już to samo jest szczęściem: módz się rozwijać duchowo, iść w niezmierzoność pożądaniem; to stwarzać światy sobie pod czaszkami, większe i piękniejsze, niźli otaczające nas; to śpiewać, choćby przez łzy i bóle, hymny na cześć nieśmiertelności i piękna; to marzyć, ale marzyć tak silnie, żeby zupełnie zapomnieć o życiu i żyć w marzeniu!

Janka czuła tak wielki przypływ jakiegoś szczęścia i zapału, że mówiła tylko jakby okresami myśli, żeby się wypowiedzieć tylko choć w części.

Już dawno nie czuła się tak porwaną i olśnioną własnemi widziadłami; mówiła, zapominając, że ją ktoś słucha; snuła głośno marzenia coraz większe i coraz mniej określone...

Władek słuchał, z początku ciekawie, ale później niecierpliwił się.

— Komedyantka! — myślał z ironią.

I był pewnym, że Janka dlatego rozwija przed nim pawie pióra zapału i entuzyazmu, aby go olśnić i podbić... Nie odpowiadał, ani przerywał, bo go wkońcu zaczynało to nudzić; on swoje szczęście zamykał w trzech słowach; „knajpa, pieniądze i dziewczyna”.