Janka gorączkowo zabrała się do Robina.
W kilka dni umiała nietylko rolę, ale i sztukę całą na pamięć. Rozpłomieniła się tak do grania tej roli, że całem życiem zawisła na tem przedstawieniu. Dawne jej marzenia, przytłumione nieco nędzą i gorączkowem życiem teatru, wystrzeliły znowu płomieniami, które ją oślepiały i hypnotyzowały. Teatr znowu rozrósł się w niej tak potężnie, że już nie było w jej świadomości miejsca na co innego, przedstawiał się jej w godzinach ekstazy, jak ołtarz mistyczny, zawieszony wysoko nad bytem powszednim i gorejący płomieniami, niby drugi krzak Mojżesza, wydawał się jej niejako cudem, który trwał zawsze.
Władek codziennie, pomiędzy próbą a przedstawieniem, przychodził do niej, choć go już potężnie nudziły te wieczne powtarzania i niecierpliwiło to, że przez szalone oddanie się sztuce, nie zwracała zbyt wiele uwagi na niego; nie mógł się przedrzeć przez ten entuzyazm chorobliwy ze swoją miłością, ale chodził.
Zaczynał coraz silniej pożądać jej miłości. Drażniła go jej naiwność i talent, jaki w niej przeczuwał, a zresztą takiej eleganckiej, wykształconej kochanki już dawno pragnął. Jego brutalna, zmysłowa natura, już się z góry lubowała zwycięstwem.
Chciał ją koniecznie posiąść, tę wykwintną dziewczynę, w której widział ogromną różnicę pomiędzy dawnemi swemi kochankami i która go podbijała jakimś wdziękiem wyższości; byłby to tryumf tem większy, bo mu się wydawała jedną z tych pań wielkiego świata, którym się nieraz przyglądał pożądliwie w alejach Ujazdowskich.
Nie powiedziała mu, że go kocha, ale on to już widział w niej i otaczał ją coraz gęstszą siecią, złożoną z uśmiechów, słów palących, westchnień i przesadzonego szacunku.
Dla Janki był to najpiękniejszy okres w dotychczasowem życiu. Biedę traktowała pogardliwie, jak coś, co trapi ją chwilowo i przejdzie zaraz.
Sowińska, po częstych odwiedzinach Władka, przysunęła się do niej znowu z dawną życzliwością i poradziła sprzedaż części garderoby, której miała dosyć; podjęła się nawet sama jej to ułatwić.
I tak szło życie, byle prędzej doczekać się tego przedstawienia.
Żyła niby w śnie dręczącym. Przez pryzmat marzeń świat się znowu jej pokazał jasnym i ludzie dobrymi.Zapomniała o wszystkiem, nawet o Głogowskim, którego list, na-pół przeczytany, schowała do szuflady, odkładając dokończenie na przyszłość, gdyż żyła tylko przyszłością.