— Nie grajmy komedyi, nie bawmy się w chowanego i patrzmy trzeźwo, to zobaczymy, że to jest najzwyklejsza rzecz... O cóż ja proszę panią?... żebyś poszła do Kotlickiego po pieniądze, które stanowią fundament naszej wspólnej przyszłości... po pieniądze, które nam stworzą teatr i bez których my wszyscy nie możemy się ruszyć z Warszawy. Więc cóż w tem jest złego?... co jest złego w tem, co nas prawie wszystkich uszczęśliwi?...

— Jakto? pan nie widzisz w tem nic złego, żebym ja, kobieta, sama chodziła do mieszkania mężczyzny?... I za cóż on mi da ten tysiąc czy dwa tysiące rubli?...

— Jak pani żyłaś z Głogowskim, nikt tego nie uważał za złe; jak teraz pani żyjesz z Władkiem, któż ci to wyrzuca?... Cóż to jest wreszcie za strasznie hańbiąca rzecz?... Wszyscy tak żyjemy i czy przez to popełniamy jaką podłość?... Nie!... bo to jest rzecz podrzędna, bo mamy coś ważniejszego w mózgach: sztukę!

— Nie, nie pójdę... — odpowiedziała cicho, przygnębiona tem, że wszyscy wiedzą o jej stosunku z Władkiem.

Słuchała dalej Topolskiego, już prawie nie słysząc i nie rozumiejąc jego słów. Zaczął jej przekładać, prosić, tłómaczyć, że przecież dla teatru poświęcają wszyscy życie, więc coś więcej, niźli jedną pieszczotę kobiety... że odmową swoją zada śmiertelny cios towarzystwu, że liczyli na nią, że będą jej wdzięczni do śmierci, bo zabezpieczy byt dziesiątkom ludzi poświęceniem swojem; że ten teatr będzie związany z jej imieniem. Chciał koniecznie przełamać ten upór, którego nie mógł pojąć, ale Janka pozostała niewzruszona.

— Żeby życie zależało od tego, nie poszłabym... wolałabym raczej umrzeć!...

— To... żegnam! — rzekł ze złością Topolski.

Janka patrzyła na niego i chciała się jeszcze tłómaczyć, ale Majkowska rzuciła jej płaszczyk na ramiona, wsadziła brutalnie kapelusz na głowę i obsypawszy gradem obelg, otworzyła przed nią drzwi na rozcież.

Janka, jak automat, pozwoliła z sobą robić wszystko i jak automat schodziła ze schodów i szła ulicą do domu.

Żal jej było tego towarzystwa, tych widoków, jakie traciła, zrywając z Topolskim, ale jednocześnie straszny wstyd ją ogarniał, że ją mają za taką ostatnią, jeśli śmią jej propozycye takie robić i liczyć, że ona je mogłaby spełnić...