Nie mogła się uspokoić.

W nocy śnił się jej to Kotlicki, to Władek, to teatr... Słyszała, że jej wszyscy złorzeczą i wymyślają, że ją goni jakaś banda ludzi, okrytych łachmanami i z przekleństwami, z nienawiścią w oczach, chcą ją schwycić i bić... W tych twarzach, zaledwie zarysowanych, poznała Melę, Topolskiego, Mimi, Wawrzeckiego...

To znowu śniła, iż idzie ulicą i wszyscy patrzą się na nią tak jakoś dziwnie, tak strasznie, że chciałaby się zapaść pod ziemię, byle tylko nie widzieć tych spojrzeń, ale poruszyć się nie ma sił i ten tłum wolno obok niej się posuwa, a Topolski stoi i drwiącym głosem mówi tak głośno, że wszyscy się odwracają:

— Patrzcie!... żyła z Głogowskim, a teraz jest kochanką Władka!

Nie mogła znieść tego; krzyknęła straszliwie przez sen, bo zobaczyła, że ojciec idzie z Kręską pod rękę i mówi, pokazując na nią:

— Żyła z Głogowskim, a teraz jest kochanką Władka!...

— O, Jezus! — szeptała, męcząc się w tym śnie dręczącym. — O, Jezus!

A tłum znajomych twarzy rósł: ksiądz z Bukowca, przełożone pensyi, koleżanki dawne, Grzesikiewicz — wszyscy, wszyscy przechodzili śpiesznie obok niej i patrzyli na nią z tym strasznym, okropnym uśmiechem, który ją przenikał niby ostrze i smagał, jakby batem...

Obudziła się zapłakana i zmęczona śmiertelnie.

Jeszcze przed próbą przyszedł Władek.