I teatr stracił wiele w tych godzinach rozmyślań.

Patrzyła się na niego przez te ciągłe kłótnie i intrygi zakulisowe, przez marność tych jego kapłanów i przez własne zawody.

— Nie takim go widziałam dawniej! — ubolewała.

Zmniejszało się w niej wszystko i szarzało coraz bardziej; zaczynała wszędzie odkrywać łachmany, blagę i kłamstwo... Ludzie przysłaniali jej sobą wszystko.

Nie pragnęła już królowania na scenie.

— Cóż to jest?... — szeptała. — Cóż to jest?...

I widziała pstrą, różnorodną publiczność, której było obojętnem, czy sztuka ma jakąś wartość, lub nie. Przychodziła tylko bawić się i śmiać, chciała błazeństw i cyrku.

— Cóż to jest?... Komedyanctwo dla zarobku i dla bawienia tłumu...

Scena wydawała jej się prawdziwą areną dla popisu klownów i małp tresowanych.

— O! o!... — jęczała dotknięta tem boleśnie. — Chciałam być bawicielką motłochu... a gdzież sztuka? — pytała się wpatrując w jakąś przestrzeń nieskończoną. — Cóż jest czystą sztuką? ideałem?... tem, dla czego setki ludzi poświęca życie?... Co to jest i gdzie to jest? — pytała się znowu niespokojnie, ale zaczynała widzieć, że wszystko jest raczej zabawą, niż celem.