— Nie mam domu — myślała nawet bez goryczy. — Taki szeroki świat na mieszkanie — dodała, ale przypomniała sobie to, co Grzesikiewicz mówił jej o ojcu i poruszyła się, jakby ją coś zabolało.

Niepokój, nie taki, jaki ogarnia człowieka w przededniu czegoś, ale taki, jaki się czuje przy wspominaniu jakiegoś dobra, utraconego na zawsze, owładnął jej sercem.

Był to ból przeszłości, jakby ciche wspomnienie umarłych w godzinie rozmyślań i rachunków z samym sobą.

Ale te wspomnienia Bukowca i tych nocy samotnych, w których marzyła, zapominając o wszystkiem i stwarzała sobie takie cudowne światy, zajaśniały w jej mózgu bardzo silnie. Tylko wspomnienie przyrody bujnej i wspaniałej, pól olbrzymich, jarów zacisznych a pełnych szmerów i śpiewów, zieleni i dzikości potężnej pięknem, owiewało ją melancholią i kołysało czarem jej duszę, zmęczoną życiem i walką.

Tylko te lasy, w których się wychowywała, te mroczne głębie, pełne cudów niewypowiedzianych, te drzewa olbrzymy, pomiędzy któremi czuła się, jak pomiędzy braćmi nieledwie, z któremi była złączoną tysiącami powinowactw, rysowały się w jej mózgu coraz potężniej.

Tęskniła za niemi teraz, nasłuchiwała nocami, bo się jej wydawało, że słyszy poważny szum jesienny boru, senne szmery gałęzi, że czuje w sobie to powolne, nieskończone kołysanie się olbrzymów; te miękkie, złotawe ruchy, krzyki radosne ptaków, zapachy młodych pędów sosen i jałowców; to życie powolne przyrody całej.

Leżała godzinami całemi bez słowa, bez myśli i bez ruchu, bo duszą była tam, w tych borach zielonych; chodziła rozłogami, po których kwitły maliny dzikie i darnina, błądziła przez pola zarośnięte niby lasem, żytami wysokiemi które z szumem kołysały się i połyskiwały w słońcu rosami: przedzierała się przez zagajniki pełne sosenek i ciężkich zapachów żywicznych. Szła każdą drogą, każdą granicą i ścieżką każdą i witała się ze wszystkiem i mówiła i polom, i lasom, i błękitom, i górom:

— Jestem! Jestem! — I uśmiechała się, jakby odnajdywała stracone szczęście.

Wyzdrowiała prawie przez te wspomnienia orzeźwiające.

Ósmego dnia wstała i czując się dosyć silną, poszła na spacer. Zapragnęła świeżego powietrza, zieleni niezakurzonej pyłem miasta, słońca i przestrzeni wielkiej, któraby się nie dała objąć wzrokiem.