Starzec wpatrywał się w wodę i mruczał coś szeptem a Janka rozmyślała.
— Wszystko głupstwo — zaczął znowu. — Patrz pani i podziwiaj choćby wodę, starczy ci na długo. Przypatruj się ptakom, gwiazdom, żywiołom; śledź rozrost drzew, wsłuchaj się w wichry, pij wonie i barwy, a wszędzie znajdziesz cuda niesłychane, wiecznie trwające, doświadczysz rozkoszy niewypowiedzianych. Wystarczy ci to zupełnie za życie wśród ludzi. Nie patrz tylko okiem pospolitaka, bo wtedy najpiękniejszy śpiew ptaków będzie krzykiem; najwspanialsze lasy — opałem; w zwierzętach zobaczysz tylko mięso na pokarm; w łąkach — siano; bo wtedy zamiast czuć, będziesz obrachowywać.
— Wszyscy są takimi.
— Jest niewielu, którzy z księgi przyrody czytają i biorą dla siebie pokarm żywota.
Znowu zapadli w milczenie.
Słońce chyliło się za wzgórza drugiego brzegu, jakby wypalone, świeciło coraz zimniej, krwawiąc wodę ostatniemi zorzami.
Kępy drzew jakby się kurczyły, bo wydawały się niższe, a szersze. Żółtość nadbrzeżnych piasków pociągała się szarością zmroku. Dalekie horyzonty zdawały się zapadać w mgłach, podnoszących się niby dymy dopalającego się słońca.
Spokój był jeszcze głębszy i rozwłóczył się sennością nad ziemią, jakby senną po trudach dnia.
Janka rozmyślała nad słowami starca i smutek jakiś cichy, posępny, napełniał jej serce i przysłaniał mózg lękiem niejasnym; ogarniało ją bierne poddanie się, rodzaj wewnętrznego odrętwienia.
Powstała do odejścia, bo było już prawie szaro na świecie.