— Tak.

Rozwinęła papier.

Żyd kostyum w brudne ręce wziął, rozpostarł pod słońce, obejrzał, obrócił kilka razy, uśmiechnął się niedostrzegalnie, złożył z powrotem w papier, zawinął, podniósł worek i kij i dopiero powiedział:

— Taki cymes to nie dla mnie — i schodził ze schodów, cmokając drwiąco.

— Tanio sprzedam — zawołała za nim.

Żeby choć rubla, choć pół, myślała z trwogą.

— Może pani ma stare buciki, suknie, poduszki, ja kupię, ale taki towar, to nie żaden kurant. Kto to kupi? Śmiecie!...

— Tanio sprzedam — szepnęła.

— Ny, co ja mam dać?

— Rubla.