— Żebym tak zdrów buł, co to nie warto i dwadzieścia kopiejek. Co to warto, kto to kupi? — i wrócił, rozwinął i znowu obojętnie oglądał.
— Same wstążki kosztowały mnie kilka rubli.
Zamilkła, zgadzając się już w duchu na cenę.
— Wstążkes! co to jest, same kawałki — gadał, oglądając prędko. — Ny, trzydzieści kopiejek dam. Bierze pani? Na moje sumienie, więcej nie mogę, mam dobre serce, ale nie mogę. Ny, mam płacić?
Ten handel sprawił jej taki wstręt, takim wstydem przepoił i tak ją rozżalił, że chciała już wszystko rzucić i uciec.
Żyd pieniądze wyliczył, zabrał kostyum i poszedł. Zobaczyła go jeszcze przez okno, jak na podwórzu, w pełnem świetle dnia oglądał jeszcze raz spódniczki.
— Co z tem zrobić? — szeptała bezradnie, ściskając lepkie od brudu miedziaki.
Była winna za mieszkanie, w bufecie teatralnym, kilku koleżankom, ale nie myślała już o tem; z temi pieniądzmi tylko poszła do sklepiku kupić sobie co jeść.
Wróciła do mieszkania i zjadłszy przyniesione ze sobą wiktuały, chciała się trochę przespać, ale przyszła Sowińska, mówiąc, że tu na nią już z pół godziny czeka jakaś służąca i zaraz weszła rozczerwieniona i zapłakana służąca Niedzielskiej.
— Proszę panienki, niech też panienka idzie ze mną, bo moja pani już bardzo źle i prosi koniecznie do siebie.