— Pani Niedzielska taka chora? — zawołała, zrywając się z łóżka i śpiesznie kładąc kapelusz.

— Już ksiądz od Augustynów był po południu z panem Jezusem, ledwie ino zipi — szeptała przez łzy stara powiernica i sługa — inom tyla mogła zrozumieć, co mówiła, żeby lecieć po panienkę, chce się widzieć koniecznie.

— A pan Władysław gdzie jest?

— A skądże ja mogę wiedzieć, przecież powinien być przy matce.

— Powinien, jużci że powinien, ale taki i on syn — szepnęła głucho. — Już od tygodnia nie zajrzał do domu, bo się z moją panią tak strasznie pokłócili. Mój Boże! mój Boże! tak klął, tak wymyślał, chciał jaże bić moją panią. O, Panie miłosierny, to za to, że go tak silnie kochała, że sobie odejmowała od gęby, a dawała mu cięgiem pieniądze. Była skąpa, nie chciała dochtora, ni leków nijakich, aby ino nie kosztowało, a on, o! skarze go Pan Bóg ciężko za te łzy matczyne. Ja wiem, że panienka temu nie winowata... tak se miarkuję... ale... — mówiła cicho, drepcząc obok Janki i obcierając co chwila końcem chustki, w jaką była okryta, oczy czerwone od płaczu i bezsenności.

Janka prawie nic nie słyszała z tej mowy, bo gwar i szum ulicy i chlapanie wody spływającej rynnami na trotuary zagłuszały wszystko.

Szła tylko dlatego, że ją umierająca wzywała.

W pierwszym pokoju było prawie pełno osób, przeszła go, mówiąc powitanie, ale nikt jej nie odpowiedział i wszystkie oczy śledziły ją z jakąś szczególną ciekawością.

W pokoju, gdzie Niedzielska leżała, siedziało także kilka osób koło jej łóżka.

Poszła prosto do chorej.