Stara leżała wznak, ale już od progu trzymała w niej oczy utkwione.

Rozmawiający umilkli tak prędko, że Jankę ta cisza przejęła jakimś dreszczem dziwnym. Spotkała się ze spojrzeniem Niedzielskiej i już nie mogła się od niego oderwać. Usiadła przy łóżku, witając ją półgłosem.

Stara schwyciła ją za rękę silnie i cichym głosem o niezmiernie mocnym akcencie zapytała.

— Gdzie Władek?

Surowa zmarszczka zarysowała się na jej czole, coś jak nienawiść rozbłysła w żółtych białkach.

— Nie wiem. Skądże ja mogę wiedzieć? — odpowiedziała prawie przestraszona.

— Nie wiesz złodziejko! ty nie wiesz, ukradłaś mi syna! — szeptała, siląc się głos swój podnieść trochę, ale brzmiał głucho i dziko. Oczy się jej rozszerzały coraz więcej i świeciły groźbą i nienawiścią, usta sine trzęsłysię nerwowo, a żółta, wychudła twarz drgała ustawicznie. Uniosła się nieco i chrapliwie, jakby ostatkami sił, krzyknęła:

— Ulicznico, złodziejko, ty... i upadła w tył z głuchym jękiem wyczerpania.

Janka, jakby uderzona prądem elektrycznym, zerwała się, ale ręka starej zacisnęła się tak silnie koło jej dłoni, że upadła z powrotem na krzesło nie mogąc wyrwać ręki. Spojrzała rozpaczliwie na wszystkich, ale twarze ich były groźne. Przymrużyła na chwilę oczy, aby nie widzieć tych żółtych, pomarszczonych twarzy kobiet, co stały na wprost niej, jak widma świecąc swojemi szkieletowatemi twarzami w półcieniu, w jakiem tonął pokój.

— To ta! Taka młoda i już...