Powtarzali wszyscy za czytającym i ten szmer głosów zmieszanych, przesiąkłych łzami, monotonnych — wyrwał Jankę z odrętwienia.

Poczuła, że żyje jeszcze, uklękła w samym progu i spalonemi gorączką ustami szeptała te słodkie słowa, o których dawno zapomniała i brała z nich jakieś głębokie pocieszenie pełne smutku i rozrzewnienia.

„Obmyjesz mnie, a będę nad śnieg wybielony...”


„Nie odwracaj oblicza Twego odemnie, boć będę podobnym do zstępującego do dołu...”


„Zgubisz wszystkich, którzy dręczą dusżę moją, bo-m ja jest sługa Twój...”

Powtarzała żarliwie i łzy, jak perły toczyły się po jej twarzy i jakby łączyły się ze łzami wszystkich i obmywały jej duszę z bólów i pamięci, ale te łzy później tak zaczęły ją zalewać i dusić, że podniosła się cicho i wyszła.

Na ulicy spotkała Władka, biegnącego z pośpiechem i z trwogą; chciał się jej zapytać, ale poszła, nie spojrzawszy nawet na niego.

Nie czuła prawie nic, oprócz śmiertelnego zmęczenia.