Wstąpiła do oświetlonego kościoła świętej Anny na Krakowskiem Przedmieściu, usiadła w ławce i siedziała. Patrzyła na oświetlony ołtarz, na tłum ludzi klęczących, słyszała poważny głos organu, śpiew jakiś szeroki; widziała, że na nią patrzą ze ścian i z ołtarzy spokojne i szczęśliwe twarze świętych, ale nic nie odczuwała.

— Zgubisz wszystkich, którzy dręczą duszę moją. Zgubisz... zgubisz... — powtarzała bezmyślnie i wyszła z kościoła; nie, nie mogła się modlić, nie mogła.

Spała po tem wszystkiem, głuchym, kamiennym snem, bez marzeń i halucynacyi.

Na drugi dzień Cabiński dał jej dużą rolę po Mimi; przyjęła obojętnie. Tak samo obojętnie poszła na pogrzeb Niedzielskiej. Szła w końcu orszaku, nie zauważona przez nikogo; obojętnie patrzyła na tysiące grobów powązkowskich i na trumnę i nic się w niej nie poruszyło nawet na dźwięk płaczów u grobu.

Coś się w niej zerwało, jakby zdolność odczuwania tego, co się wkoło niej działo.

Wieczorem poszła na przedstawienie; ubrała się jak zwykle i siedziała bezmyślnie zapatrzona w szereg świec, poprzylepianych do stołów, na pozapisywane ściany, to na szeregi aktorek siedzących przed lustrami.

Sowińska kręciła się ciągle po garderobie i przyglądała się jej ciekawie.

Mówiły do niej, nie odpowiadała; zapadała co chwila w jakiś stan kataleptyczny, w którym się patrzy — nie widząc; żyje się — nie czując tego; a w głębi, na samem dnie mózgu miała odbicie konającej i tłoczyły się i syczały te szepty krwawe, pomieszane z słowami Psalmów pokutnych.

Drgnęła naraz, bo jakiś dźwięk głosu doszedł ją ze sceny; przemknęło jej przez myśl, że to pewnie Grzesikiewicz, podniosła się i poszła.

Władek stał na scenie i coś żywo rozmawiał z Majkowską, całując ją w obnażone ramiona.