Odmówiła mu stanowczo.

Podziękowała serdecznie za życzliwość, jaką jej okazywał przez lato, pożegnała się z nim ciepło, jakby na zawsze.

Kiedy wyszedł, zapadło w niej postanowienie zakończenia tego wszystkiego.

Jeszcze nie powiedziała sobie stanowczo — umrę! jeszcze, gdyby jej ktoś powiedział, że myśli o tem, zaprzeczyłaby szczerze, ale już ta myśl i chęć tkwiła w głębi nieświadomej mózgu.

Wiedziała, kiedy Cabińscy odjeżdżają i poszła na przystań statków parowych.

Stała na moście i patrzyła na nich jak odpływali, na szare fale Wisły, z pluskiem bijące o przyczółki, na zamglone jesiennemi mgłami przestrzenie i taki ją smutek i żal okropny przejął, że ruszyć się i oderwać od wody nie mogła.

Noc się zrobiła, a ona wciąż stała zapatrzona przed siebie; szeregi latarń nadbrzeżnych wykwitały z cieniów, niby złotawe kwiaty i kładły świetlane i drżące plamy na ruchomej, zielonawej powierzchni wody, szum i gwar miasta wrzał za nią głucho, dorożki przelatywały przez most z hałasem, dzwonki tramwajów biły ustawicznie, tłumy przechodniów przesuwały się ze śmiechem; czasem piosnka z echem doleciała, albo skoczne dźwięki katarynki, to ciepły powiew wiatru, lub surowa woń toni i biło w nią to wszystko, odbijając się jak od wypolerowanego głazu.

Woda w głębi mieniła się coraz dziwniej, czerniała, ale w tej czarności przewijały się chwilami błyski, płomienie czerwone, smugi fioletu i żółtawe, niby ból, promieniowanie. Tam było jakieś życie lepsze i pełniejsze, bo fale szemrały tak radośnie, rozbijały się o przyczółki i o bulwary kamienne i jakby z chichotem szału łączyły się zaraz, mieszały, piętrzyły jedna na drugą i płynęły dalej. Słyszała prawie ich śmiech swobodny i nawoływania i głosy radości potężnej.

— Co pani tutaj robi?

Drgnęła, wolno się odwracając. Stała przed nią Wolska i ciekawie a niespokojnie patrzyła się na nią.